Zależności

Ten wpis Emilio, jest dla mnie szczególnie znaczący. Jest o obecności, o byciu tu i teraz z osobami, wśród których dane jest nam przebywać. Tak przynajmniej ja go interpretuję. Nie chodzi tu o problem z telefonem jako takim, ale o uwagę, którą czesto kradniemy innym. Jakie wnioski wyciągnąć należy z tego tekstu? Nie jestem pewny, gdy dziś przyjaźnie wychodzą poza granice, w których jesteśmy w stanie się poruszać na codzień. Coraz trudniej spotkać się z kimś tak na prawdę, na żywo, ale czy trudniej, oznacza, że się nie da?
Komunikacja, na którą pozawala nam współczesna technologia jest bardzo uboga – obcina całe spektrum tak ważnych dla rozmawiających ludzi doznań. Niewerbalna komunikacja, która odpowiada za mniej więcej 80% przekazywanej informacji, jest prawie nieobecna, nie do zastąpienia przez emotikony. Bardzo często prowadzi do nieporozumień, zranień, szczególnie gdy komunikujące się strony tracą zaufanie co do swoich dobrych intecji. A może dałoby się odstawić na bok tę sztuczną komunikację i spotykać się, mimo trudności, ograniczeń i kosztów, w rzeczywistym czasie i przestrzeni?
Zapraszam do lektury

http://emilioprevitali.blogspot.it/2014/08/casi-di-dipendenza.html

„Jakiś czas temu, nie pamiętam kiedy, myślę, że około trzy lata temu, napisałem tu, na blogu, i na Facebooku, że mam ochotę zostawić gdzieś telefon komórkowy i więcej z niego nie korzystać. Wywołałem straszną burzę. Niektórzy mówili mi, że to dobry pomysł i sami o tym myśleli, inni natomiast, mówili mi, że to pieprzenie głupot i hipokryzja. Większość osób opowiadała się za tę drugą hipotezą, że to głupoty, hipokryzja. Przekonało mnie to, że w rzeczywistości to musi być świetny pomysł.

W ten sposób rozpocząłem próby, kilka eksperymentów, próbując przekonać się, czy da się żyć i pracować bez smartfona. Tak, by zobaczyć jak to jest. Prawie od początku zacząłem od całkowitego wyeliminowania SMSów, by z nich nie korzystać i nie odpowiadać, nawet za cenę bycia branym za buca lub osobę nieefektywną. Wyrzuciłem wiele aplikacji. Starałem zmusić, się by coraz częściej wyłączać telefon, nawet zostawiać go czasem w domu. W rzeczywistości jednak nie dałem sobie pozwolenia na niekorzystanie z smsów, na niewykorzystywanie tego równoległego, podziemnego kanału komunikacji, który zaprzecza dystansowi, nie potrafiłem nawet odłożyć swojego telefonu, gdy byłem w domu, albo w podróży. I wtedy zrozumiałem pierwszą ważną rzecz, którą musiałem zrozumieć, a mianowicie gdzie miałem do wykonania największą pracę, gdzie powinienem rozpocząć.

Powinienem rozpocząć od siebie.

Powinienem zacząć zmieniać siebie i uporządkować wszystkie sprawy w moim życiu, które mi nie szły i którym – co było oczywiste – nie miałem już odwagi stawić czoła. Telefon, co odkryłem prawie od razu, był tą rzeczą, która pozwalała mi nawigować z dala od tych problemów. Pozwalał mi na mijanie ich szerokim łukiem i jakieś współistnienie. I tak, odnalazłszy też w swoim życiu inne sprawy w takim stanie, że nie pozostawało nic innego, jak zawrócić i rozpocząć od zera, z wysiłkiem zabrałem się do porządkowania rzeczy podstawowych. Powiedzmy, że starałem się, by część problemu – telefon – stał się częścią rozwiązania. Starałem od razu postawić się w sytuacji, w której nie zależę od niczego, szczególnie od telefonu, zmieniając sposób używania go oraz wzorzec bycia używanym przez innych, gdy mnie poszukiwano. Aby tego dokonać zamiast zaufać swojej silnej woli i zdrowemu rozsądkowi – a było jasne, że nie miałem wystarczająco dużo ani jednego, ani drugiego – zacząłem pozbawiać się telefonu i niektórych jego funkcji „fizycznie” przez krótkie okresy czasu.

Na początku była to część najtrudniejsza. Zmienić swoje zwyczaje. Stało się ewidentne, że kwestia „rozwiązania problemu – Emilio” była ważniejsza i bardziej ważka od kwestii „korzystania z telefonu Emilio”. Problem zależności od telefonu był dość skromnej wagi, jeśli mu się dobrze przyjrzeć, ale był metaforą moich trudności i niemożności dokonania zmian. Moja zależność w porównaniu do uzależnień, które widziałem, bądź widzę, dookoła mnie jest śmieszna, prawie niepostrzegalna, lecz nie mniej jednak dla mnie była symptomatyczna. Istniała i przykrywała inne rzeczy, z którymi należało sobie poradzić, inne problemy, których prościej było nie zauważać i nic z nimi nie robić. Proces zmiany wymagał zaangażowania, lub, w zależności od przypadku, odsunięcia niektórych osób, które miałem wokół siebie, niezależnie od ich opinii lub akceptacji mojego wyboru. Oczywiście nie było to proste i nie wszystkim się podobało. Nie wszystkim podobała się zmiana i to, że Emilio, który był kiedyś, a po którego chciałem się udać, by go przyprowadzić i przywrócić na należne mu miejsce, przejął dowodzenie.

Było wiele cierpienia, mojego i innych wokół mnie, przynajmniej na początku, ale pojawiło się też wiele porządku, przywróciłem właściwe miary i wraz z upływem czasu wszystko stało się prostsze. Ludzie, którym podobał się jedynie pewien typ Emilio, dla których nie było konieczne dbać o dobro drugiego, gdy dbano o ich dobro, zniknęli. Innych wyeliminowałem sam. Jeszcze inni po prostu pozostali w zawieszeniu, nadal starają się zrozumieć, nie rozumieją i prawdopodobnie czekają na jakieś wyjaśnienie ode mnie i to jest powód, dla którego siedzę tu teraz i piszę co piszę. Aby się wytłumaczyć, jeśli ktoś ma jeszcze ochotę wiedzieć. To też powód, dla którego pisałem tak dużo tutaj i na FB w ostatnich trzech latach. Aby zrozumieć i pozwolić siebie zrozumieć. Odkryłem, że jestem jednym z tych, którzy piszą, aby zrozumieć co myślą. Nie wszyscy bynajmniej piszą z tych samych powodów. Pisałem tak wiele i rzeczy tak długie – jak sądzę – by śledzić swoją drogę, by czuć, że jestem w podróży, w trakcie zmian, by porządkować, był to swego rodzaju dziennik, w których zapisywałem myśli i rzeczy, które, gdy starałem się je zmienić, nieoczekiwanie zmieniały się same i wypływały na powierzchnię.

Próbowałem pośród różnych prób przez jakiś czas nosić ze sobą telefon, by korzystać z niego „jedynie w przypadku istotnej potrzeby”, ale w rzeczywistości, muszę to przyznać, tak to nie działa. Jeśli sądzicie, że macie problem podobny do mojego, nie próbujcie tego sposobu, nie zadziała. To najgorszy sposób z możliwych. Zrozumiałem, że prawdziwą „potrzebą” osób, które są zależne od telefonu jest wykorzystanie go do łudzenia innych, wykluczenia niektórych lub do omijania problemów, robienia uników i rozbijania ich na mniejsze kawałki, w taki sposób by czyniły mniej szkody i były prostsze do przeskoczenia, to przebiegły sposób na nierozwiązywanie ich, problemów.

Jak dobrze policzyć, to częściej dzwonimy do kogoś by coś przełożyć, by się poobijać, by zmienić plany i by w sumie raczej „nie być”, niż „być”. Jeśli chcesz się z kimś spotkać wystarczy, że pójdziesz do jego domu, by go odwiedzić i zadzwonisz do jego drzwi, że z nim porozmawiasz i przede wszystkim go wysłuchasz. Jeśli zechcesz to sposób na bycie lub wejście w kontakt, w harmonię z kimś, znajdziesz zawsze, jeżeli tak nie jest, to znaczy, że ten ktoś nie jest ważny. Że tak naprawdę cię nie interesuje. SMS nie jest z pewnością tym, co scementuje i sprawi, że się rozwinie przyjaźń lub partnerstwo w pracy. Kto cię kocha, potrzebuje cię. Potrzebuje byś był. A jeśli ciebie nie ma, poszukuje cię.

Telefon komórkowy często służy, aby być, bez wysiłku bycia obecnym.

Telefon, to kolejna rzecz, której – możnaby pomyśleć – można użyć, jeśli zajdzie taka konieczność.  Jeśli trzeba. Jeśli nie można tego rozwiązać w inny sposób. Bzdura! Telefon nie zaspokaja potrzeb, ale prawie zawsze generuje nowe drogi ucieczki, alternatywy. Używamy prawie zawsze telefonu, aby sprawić, by nasza nieobecność wydawała się bardziej elegancka, łatwiejsza do wybaczenia, bardziej efektywna, a nasze lenistwo, nasz brak zapału by był mniej żałosny i smutny. Używamy go jako znieczulenia, by nie przyznawać się przed sobą do apatii i braku skupienia, do nieobecności duchem w każdej chwili dnia. Jasne, nie ze wszystkimi jest tak. Nie zawsze, na całe szczęście.

Dla mnie jednak chwilami telefon stawał się wymówką lub odnosiłem wrażenie, że powoli nią się staje. Alibi dla niebycia. Jestem pewny, że i wy będziecie w większości skłonni przyjąć, że to co mówię może być prawdą o mnie i że dzieje się to także wokół was – jesteście o tym przekonani. Ciągle jesteście świadkami czegoś podobnego, ale wewnątrz powtarzacie sobie, że z wami jest inaczej. Dokładnie tak, jak powtarzałem sobie ja. Że to nie tak. Życzę wam, by tak było ale nie czujcie się zbyt pewni. Jesteście pewni, nie wszyscy, ale prawdopodobnie w większości – dokładnie jak przedstawiałem to sobie ja – że nie jesteście zależni telefonu, że moglibyście dać sobie bez niego spokojnie radę, kiedy tylko zechcecie, ale gwarantuję wam, że w każdym przypadku, nie zależnie od tego, czy zależycie od telefonu jak zależałem od niego ja, czy też nie, waszą odpowiedzią to będzie po prostu: „To nie mój przypadek, ja nie jestem zależny od telefonu”. Każde natomiast uzależnienie, jako pierwszą reakcję, gdy ktoś przedstawia ci na nie dowody, wywołuje zaprzeczenie. Często z agresją. Opryskliwością. Patrzcie dobrze na komentarze, które pojawią się w odpowiedzi na ten post, zobaczycie ilu ludzi się zdenerwuje. Podsumowując, jeśli mogę coś zaproponować, zróbcie jakiś eksperyment sami dla siebie. Wrzesień to miesiąc dobrych postanowień, a jest już za rogiem. Jakąś próbę, tak by zobaczyć jak będzie, podejmijcie. Mi się przydała. Przetestujcie się, wyniki będą zaskakujące.

Spędziłem prawie trzy lata próbując sprawić bym nie potrzebował telefonu komórkowego i wszystko tego co jest z nim związane, myślę że już sobie radzę. Trzeba się wysilić by znaleźć alternatywę, jeśli pomyśli się dobrze, to zawsze jakaś jest, zwykle mniej wygodna. Nauczyłem się doceniać tę niewygodę, tę konieczność ponoszenia większego wysiłku, albo traktować wyrzeczenie się czegoś jako wartość, nie ciężar. Nie jest to moje wyrzeczenie, to mój wybór.

Kończę odpowiadając na główny zarzut tych, którzy zwykle są za pomysłem odstawienia telefonu, ale tylko w teorii, który brzmi: „No tak, ale jak sobie poradzę z pracą?”. Praca to ostatni bastion, za którym próbujemy ukryć naszą niezdolność do bycia niezależnym od czegoś. Praca. W imię pracy można usprawiedliwić wszystko, lub prawie wszystko, także małżeństwo, albo rodzinę, która się rozpada, nie wspominając o korzystaniu ze smartfona. Smartfona, z którym już prawie pracujemy, zabawiamy się, w którym szukamy rozrywki, albo przynajmniej szukamy ucieczki od nudy spędzając z nim większą część naszych przerw i czasu, który nazywamy martwym. Z resztą, taki czas nie istnieje, nie ma „martwego czasu”, to my go wymyśliliśmy, aby nie być zmuszonym do robienia czegoś innego. Zabiliśmy go, ten nasz czas, owym „jest martwy”.

Chciałbym wam powiedzieć, że tak naprawdę bez telefonu komórkowego i internetu pracuje się lepiej, przynajmniej ja pracuję o wiele lepiej. Jestem bardziej skoncentrowany, mam inny obraz ludzi i czasu jaki mi poświęcają, wydaje mi się on teraz czymś cennym, czego nie można zmarnować. Czas jest czymś najcenniejszym co posiadam i nie chcę go marnować. Tak więc, przynajmniej ja, doszedłem do wniosku, że oprócz lepszego samopoczucia, mogę teraz też lepiej pracować. Jest też jeszcze jedna praktyczna sprawa, o której chcę powiedzieć, a później skończę ten wywód. Chcę wam powiedzieć, że zdecydowałem, by nie korzystać już ze smartfona. Przynajmniej przez jakiś czas. Teraz już potrafię. Od teraz telefon będę włączał kilka razy dziennie, aby zadzwonić, albo by sprawdzić, czy ktoś do mnie dzwonił, albo mnie potrzebował. Gdzie i jak mnie znaleźć, jeśli komuś na tym zależy, wiecie. Będę czytał wiadomości i emaile, jeśli do mnie napiszecie – zachęcam, piszcie do mnie – oddzwonię do was, jeśli zobaczę, że mnie szukaliście. Jeśli chodzi o natychmiastowość, z jaką mogę się z kimś skontaktować, albo z jaką ktokolwiek, gdziekolwiek, o jakiejkolwiek porze dnia i nocy, zawsze, może się skontaktować ze mną… cóż, postanowiłem z niej zrezygnować.

Mam nadzieję, że na zawsze.”