Zasłona (środa, I tydzień adwentu)

Iz 25, 7: Zedrze On na tej górze zasłonę, 
zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, 
i całun, który okrywał wszystkie narody;

„Mam na twarzy zasłonę!” – ogarnęło mnie wielkie zdziwienie, gdy usłyszałem powyższy wers. Zdziwienie, nie tyle z faktu, iż zasłona ta istnieje, co z powodu tego, że do tej pory mi to umykało.
Rozejrzałem się po kaplicy – tyle osób przyszło na poranne roraty. Mali, pokurczeni, zgarbieni, piękni, młodzi, dumni, złośliwi, nawiedzeni, zahukani, rozsądni – a wszyscy z zasłonami na twarzach, po omacku próbując nawigować w świecie, co chwila rozbijając sobie nosy i pomstując jedni na drugich. Czasem potrafiąc wręcz zranić, zabić, bo nie widzimy, że… nie widzimy! Zasłona! To dlatego nie potrafię dostrzec miłości u mojej mamy tak lękowo się nami opiekującej, to dlatego denerwuje mnie ten polityk, co się wymądrza w telewizji. To dlatego wydaje mi się, że istnieją brzydcy ludzie! Bo wszystko skrywa zasłona! Nie potrafię dojrzeć szczerych, rozgrzanych serc odbijających Boski majestat, nie potrafię spojrzeć na ten świat jakby był tworem najlepszego Boga. Widzę małośćzmęczenie, smutek, frustrację.

Czytam ostatnio fascynującą książkę Davida Kahnemana „Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym” opisującą zakamarki ludzkiego myślenia i dowiedziałem się z niej o zasadzie, którą opisać można ową biblijną zasłonę. Nasz umysł za „cały świat” uznaje tylko to, co się mu przed nosem postawi. Zatem, gdy oczy moje przesłania zasłona, nie pozwalająca zobaczyć świata Boskim – takim jakim jest, jedyne co pozostaje, to zacząć patrzeć sercem, by nasz biedny umysł nakarmić.  Ale ujrzenie mimo zasłony, że świat to nie tylko brud i szarość wymaga wiary… niestety….

 Choć wiecie co?…. nie wiem jak was, ale mnie czasem ta zasłona strasznie uwiera, dusze się pod nią. To chyba dowód na jej istnienie.