Magia powołania Mateusza

W piątek XIII tygodnia zwykłego, św. Mateusz opowiada nam jak to się stało, że stał się Apostołem.
Warto posłuchać uważnie, bo relacja jest z pierwszej ręki:

„Tego dnia miałem wolne w pracy, w sumie miałem zamiar wyskoczyć gdzieś za miasto, nad jezioro. Miasto było zatłoczone i krzykliwe, Jezus, prorok, przybył znów do Kafarnaum i tłumy przewalały się przez miasto goniąc Go i czekając tylko na nowe sztuczki. Podobno dzień wcześniej wykręcił numer Gadareńczykom i utopił im dwa tysiące świń! Nie wiem jak tego dokonał, ale musiało boleć!
>>Ile musiałbym pracować, żeby pozwolić sobie na takie stado! Na szczęście nie jest to mój problem, bo jako Izraelita nigdy chodować świń nie będę<< – pomyślałem.
Już miałem wychodzić, ale coś mnie podkusiło by zajrzeć jeszcze do pracy. Zostawiłem tam dwóch młodych adeptów pod opieką starych celników. Trzeba ich przypilnować, bo te stare dziady gotowe są od razu sprowadzić młodzieńców na złą drogę.

Już idąc do komory celnej odczuwałem straszny niepokój, niewytłumaczalny, a na domiar złego musiałem obrać inną drogę do pracy, bo tłum blokował drogę. Podobno Jezus był blisko i uzdrowił jakiegoś paralityka. Komu by się chciało przebijać przez tłum i narażać się na te pogardliwe spojrzenia „prawdziwych Izraelitów” w stosunku do celnika… A poza tym jeszcze ten Jezus. Lepiej zejść mu z drogi.

Gdy wchodziłem do komory celnej, byłem coraz bardziej zdenerwowany. Nie wiadomo dlaczego, ale wiedziałem, że muszę szybko stamtąd uciekać, bo mnie nosiło. Szybko nad jezioro, tam sobie pospaceruję, pobiegam, daleko od żony, dzieci i całego tego zamieszania, jeszcze tylko sprawdzę co robią ci młodzi.
W środku w sumie nic się nie działo, cała czwórka liczyła jakieś pieniądze, ale nie wytrzymałem wewnętrznego napięcia i objechałem ich z góry na dół. Pewnie i tak coś kombinowali, a zawsze znajdzie się coś do czego można się przyczepić. Niestety nie pomogło. Niepokój sięgnął zenitu, coś wrzeszczało mi wściekłym głosem do ucha: >>Uciekaj! uciekaj stąd! co robisz w pracy, w wolny dzień!<<. Jeszcze tylko zajrzę co się na tym stole dzieje i idę.
Starzy celnicy wbili ze złością wzrok w stół. W sumie im się nie dziwię. Młodzi natomiast z wielkim zdziwieniem obejrzeli się w stronę drzwi, jakby nie zauważyli w ogóle mojego agresywnego zachowania.

W drzwiach stał jakiś starszy facet, z brodą, śmierdział rybami. Szymek, jak się później okazało, równy gość, tylko miał teściową choleryczkę… podobno Jezus sam musiał ją uspokajać. Za Szymonem stał… matko! za Szymonem stał Jezus! Przyglądał mi się z uśmiechem i wyraźnym rozbawieniem w oczach! Stał tak pewnie już dobrych kilka minut i widział całą te scenę. Stał i na mnie spojrzał! Za Jezusem, już za komorą celną kłębił się tłum i szemrał zniesmaczony.

Przez głowę przebiegła mi tylko jedna myśl: >> Ofiara! Kiedy ty ostatnio na ofiarę dałeś! On wie! Przyszedł cię upomnieć!<<

Jezus otworzył usta i powiedział: >>Pójdź za mną!<<

Wszystko potoczyło się od tej chwili szybko, poza moją kontrolą. Jednocześnie w mojej głowie stanął czas i zapanowała niesamowita jasność i spokój. Udając głupka i pragnąc zyskać kilka chwil, powtórzyłem niezdarnie Jego gest, pytająco wskazując palcem na siebie. Musiałem mieć bardzo zdziwioną twarz, bo Jezus puścił do mnie oko i kiwnął głową. W ułamku sekundy moje ciało samo zaczęło się podnosić, a dusza została przyciągnięta jak żelazo do magnetytu w kierunku Jezusa. Cały niepokój zwiał ze skowytem, rozpuścił się, ogarnął mnie niezrozumiały zachwyt i pewność, przy jednoczesnym poczuciu pełnej wolności. Czułem, że mogę huknąć na Jezusa tak jak przed chwilą krzyczałem na swoich podwładnych i nic sie nie stanie, On po prostu sobie pójdzie. Wolność, wszystko zależy ode mnie! Rozpierała mnie duma i radość.

Wstałem i podszedłem do Jezusa ciągle z tym baranim wyrazem twarzy. Gdzieś z tyłu głowy kołatały się echa strachu o ofiarę. Jezus poklepał mnie po ramieniu i zachęcająco wskazał na wyjście, za którym tłum miał na pół zdziwiony, na pół zniesmaczony grymas na twarzach.

>>Bardziej pragnę miłosierdzia niż ofiary<< – szepnął mi do ucha. A mnie przebiegł dreszcz radości. Pewność zupełna pewność. Z uśmiechem na twarzy ruszyłem prosto w tłum, aby wskazać Jezusowi drogę do swojego domu!”

Św. Ignacy w Ćwiczenia Duchowych opisuje trzy rodzaje rozeznawania duchowego. Pierwszy z nich jest jak: 

Chwila, w której Bóg, nasz Pan, tak porusza i pociąga wolę, że bez wątpliwości i bez możliwości wątpienia taka dusza pobożna idzie za tym, co jej ukazano. Tak postąpili św. Paweł i św. Mateusz, kiedy poszli za Chrystusem, naszym Panem” (nr 175).

 Można się kłócić czy występuje często, czy rzadko, ale życzę takiej pewności każdemu!